lokator blog

Twój nowy blog

Leciałem samolotem. Było superowo. Potem byliśmy w Obcym Kraju. Mieszkaliśmy tam u bardzo Fajnej Cioci i nawet specjalnie dla Niej nauczyłem się mówić ciocia, ale fajna pozostaje jeszcze nadal poza zasięgiem.

Pocieszam się, że na krótko bo ostatnio dużo ćwiczę. Fajna Ciocia ma Fretkę, która jednak mnie kojarzyła się z psem, dlatego biegałem za nią szczekając. Nie wiem co na to rzeczona Fretka ale ja miałem ubaw po pachy. Mama i Fajna Ciocia też wyglądały na zachwycone. Zachowywały się trochę jak japońscy turyści i ciągle robiły zdjęcia, ale byłem wyrozumiały i raz czy dwa nawet zapozowałem z odkurzaczem.

Jak Mama się spręży to może wstawi jakieś zdjęcia.

W Obcym Kraju wszyscy mówili w jakichś dziwnych językach ale ja też jak twierdzi Mama jeszcze nie mówię po polsku, więc generalnie wszyscy wykazaliśmy daleko idący spokój i pełne wyluzowanie.

Co do mojej mowy to Mama obstawia przedziwną mieszankę dialektu kantońskiego z suahili, ja zaś jestem głęboko przekonany, że to raczej mandaryński z domieszką bantu, ale jakby nie mam jak Jej tego uświadomić bo przeciez mnie nie rozumie. Uciekam się więc do starych jak świat sposobów czyli mowy migowo-dźwiękowej rozpropagowanej wieki temu przez Człowieka Pierwotnego, o którym jeszcze nie mam pojęcia bo jestem za mały na takie rzeczy, ale przecież chwalić się zawsze mogę.

W Obcym Kraju mieli fantastyczny park z najfajniejszymi huśtawkami jakie dotychczas widziałem i w zasadzie to mógłbym tam zostać w tej huśtawce. Bo już pominę, że na uśmiechy rzucane z powietrza i machanie nogami łapie się najładniejsze dziewczyny…

Mama jednak wymyśliła sobie, że wracamy.

Zresztą może i miała rację.
W końcu jak wyjeżdżaliśmy spadł deszcz.

Droga Mamo! Pisz bo tracimy czytelników.

————

Ponieważ Mama trochę się opuszcza w spisywaniu moich przygód i przemyśleń, postanowiłem zadziałać sam i Ją trochę zmotywować. W tym celu powstawiam trochę zdjęć. Bo w sumie coś trzeba. Inaczej zalęgną mi się tu pajęczyny a wszystko przykryje centymetrowa warstwa kurzu.

Voila.

Tutaj ja w mojej ulubionej roli – Etatowego Spacza.

6327b5e94411e4c0ac54fa2d60cb7bb9.jpg

Rola Etatowego Spacza jest o tyle sympatyczna i korzystna, że z jednej strony człowiek może mieć z pełną premedytacją i bez najmniejszych wyrzutów sumienia wszystko w nosie a z drugiej inni dają mu upragniony święty spokój bez ograniczeń, bo przecież i tak chrapie.

Dla mnie bomba!

————

Tutaj zaś moja druga ulubiona rola – Młody Piękny i Ponętny, czyli Casanova.

bb348dae5273185ab64ea98407b0cb02.jpg

Casanova uśmiecha mi się o tyle, że gdziekolwiek się nie pojawię zawsze znajdzie się jakaś Przeciwna Pełć, która mnie zechce przytulić, pomiziać, wziąć na kolana i się ze mną pobawić. I najlepsze jest to, że Ona – ta Przeciwna Pełć znaczy – sądzi, że to dla Niej większa frajda. O losie! Przecież jestem w niebie.

Mama co prawda twierdzi, że w przyszłości role się odwrócą i to ja będę biegał za Przeciwną Pełcią a nie odwrotnie, ale ja to nie wiem czy nie ściemnia.

Może zwyczajnie jest zazdrosna?
Kobiety tak mają.

————

O! A tu trzecia ulubiona rola – Rozchełstany Artysta Plastyk

fcc33c3e0537d91cd7d3a44a779ee9ff.jpg

Zawsze w piżamie, zawsze ukradkiem i zawsze w Najmniej Odpowiednim Momencie – po prostu tworzę. Ale cóż to za twórczość. Ostatnio właśnie namalowałem mały fresk – przecudnej urody mazy. Czuję się co prawda odrobinę nie doceniany, gdy Mama lamentuje co to ja znowu zrobiłem i że mnie z oka na chwilę nawet spuścić nie może, ale wierzę, że każdy artysta musi przejść przez swoją ścieżkę krytyki. Moją ścieżką jest jak widać totalna ignorancja Mamy w dziedzinie prawdziwej Sztuki.

Ale dam Jej jeszcze szansę.
Dziś rano namalowałem sobie na czole aligatora.
Może i jest niebieski… ale za to jakie ma szykowne kozaczki ;)

————

To co… odezwiecie się, że jesteście?

Dziś pierwszy dzień w Nowej Grupie. Mama strasznie panikowała ale chyba udało mi się ją przekonać, że to bez sensu. W końcu ile można patrzeć na raczkujące dziewczyny? Czasem fajniej gdy chodzą.

Najbardziej z dzieciarni będzie mi chyba brakowało Gracjana. Podejrzewam, że nikt w nowym miejscu nie będzie się tak łatwo dawał strzelać w ucho. Z Ciotkami Etatowymi mam układ, że będą mnie czasem odwiedzać. Nie ma to jak dobrze się w życiu ustawić.

Rano byliśmy bardzo przejęci. Mama najpierw poszła pożegnać się z Ciotkami i zabrać rzeczy z mojej starej szafki a potem prawie zgubiła je po drodze. Tak się jej ręce trzęsły. Na szczęście ja okazałem się prawdziwym mężczyzną i byłem dzielny do końca.

No może prawie, bo mina mi nieco zrzedła gdy zobaczyłem, że nie będzie tam mojego ulubionego samochodu. Ale w sumie przecież brykę też należy po jakimś czasie zmienić. Zgodnie z moimi obliczeniami w okolicach osiemnastki planuję przesiąść się do Lamborghini.

Nie wiem tylko co na to Święty Mikołaj.
O Mamie nie wspomnę.

Jedziemy dziś z Mamą do Gdańska. To takie ładne miasto nad morzem i ostatnio jak tam byłem to byłem jeszcze pod pokładem. Aczkolwiek już dobijałem się dość żwawo. W Gdańsku jest stocznia, w której budują takie statki jak mój z pokoju tylko większe i jest w ogóle super. Zaprosiła nas Ciotka Kociubińska, która ma Szymka prawie w moim wieku, męża – ale sporo od nas starszego jak sądzę – i ciągle się gdzieś przeprowadzają. Jedziemy bo Mama stwierdziła, że nie wiadomo gdzie Ciotkę Kociubińską teraz wywieje. A poza tym strasznie fajnie będzie ich poznać. Bo znamy się tylko wirtualnie.

Znać się tylko wirtualnie to znaczy, że doskonale wiemy co Kociubińscy jedzą na kolację, albo czego im brakuje do szczęścia ale na przykład nie mamy pojęcia jak wyglądają. No bo ustalmy, że na zdjęciach to zawsze jest inaczej. Albo się wyjdzie jak ostatnia sierota albo z kolei za pięknie.

Czyli teraz poznamy już się zupełnie. Mam nadzieję, że to nie oznacza, że będę się musiał z kimś całować, bo ja ostatnio nie cierpię całowania. A się wszyscy akurat po złości nadstawiają. Ja w ogóle bardzo sobie cenię swoją prywatność. Ostatecznie mogę całować Mamę, na odległość posłać jej buziaka znaczy, ale to też przelotnie.

Na przyjemności trzeba zasłużyć.

Oprócz Ciotki Kociubińskiej zamierzamy spotkać się z Ciotką Lenn, Złym Wujkiem Kiszczakiem, Ciotką Awari i całą resztą maminych znajomych. Ja, prócz Ciotki Lenn, która jest bardzo fajna i robi śmieszne miny, nikogo tam nie znam ale ponoć wszyscy znają mnie.

Zastanawiające.

Mam nadzieję, że nikt im nie naopowiadał głupot. Bo to oczywiście wierutne kłamstwa i rażąca nieprawda. Ja wcale nie chciałem strzelić fangi w nos Gracjanowi. Ale musiałem jakoś zareagować. Mógł nie gryźć mnie w rękę.

Od pierwszego kwietnia zaczynam nowy rozdział w swoim dotychczas jeszcze krótkim ale jakże intensywnym życiu. Ze żłobkowej grupy Smerfów przechodzę do Raczków.

I w sumie dobrze, bo jakoś nie ufam komuś, kto jest cały niebieski. Raczki to całkiem inna historia. Fajne mają szczypce. Tylko nie do końca wiem czemu raczki, skoro raczkować to ja umiałem masę czasu temu. A teraz to już osiągnąłem wyższy stopień wtajemniczenia. I jak mówi Mama trzymam pion.

Bo to wszystko dlatego, że jestem już duży i sam świetnie chodzę a nawet biegam. Niestety przechodzę sam bo Gracjan i reszta jeszcze zostają, ale nie smucę się tym jakoś specjalnie. Tylko Cioci Grażynki mi będzie brakować. Fajna z niej kobitka. Choć tam podobno też są miłe Ciocie. Sprawdzimy. W końcu trzeba poszerzać te horyzonty.

Mama za to dziwnie się zachowuje. Mówi, że bardzo się cieszy i co chwilę mnie przytula ale widzę, że trochę jej smutno. Chyba w końcu zdała sobie sprawę, że dorastam i kiepsko to znosi. Ale z mamami to tak zawsze. Najpierw czegoś strasznie chcą i godzinami trują by coś zrobić a potem krzyczą albo się obrażają.

Widziałem jak mama Mikołaja sama zachęcała go żeby coś narysował i nie chciał. A potem jak narysował, to aż poczerwieniała. No ale może niekoniecznie chciała by rysował na ścianie. Sam nie wiem.

Ja osobiście ostatnio zainteresowałem się wizażem. Dobrałem się do maminej kosmetyczki i rozmazałem sobie cień do powiek nad oczami. Całkiem jak Ona. Ale chyba trochę za bardzo na czoło wjechałem. Albo być może nie dobrałem odpowiedniego odcienia do ubrania. Grunt, że jak zobaczyłem się w lustrze, nadal byłem piękny… z tym że miałem dwie fioletowe paciaje na twarzy. Do żółtego ubrania. Wszak lubię kontrasty.

I doprawdy uważam za wysoce niestosowny ów rechot jakim wybuchła Mama gdy mnie zobaczyła.

Byłem na pierwszym w swoim życiu ognisku. Nie no w porządku niby, ale przyznam, że trochę przereklamowana ta impreza.

Najpierw dorośli biegają w kółko i krzyczą na siebie bo każdy z nich ma inną koncepcję na stertę patyków i równomierność ich rozłożenia na wyznaczonym i otoczonym kamulcami okręgu. Potem biegają w te i wetwe w poszukiwaniu tychże patyków. Patyków oczywiście szukają strasznie długo a jak już znajdą to albo są za duże albo za małe te patyki. Kosmos normalnie. Następnie krzyczą na siebie bo okazuje się, że jedna osoba nie ma zapałek, drugiej nie działa zapalniczka a trzecia ma to głęboko w nosie bo jej zimno. Na domiar złego najlepsze jest jak się okazuje, że drewno co je nanieśli jest mokre i zamiast ognia mamy masę dymu.

Zadymiło nam się wszystko. Absolutnie wszystko. Do tej pory kosz na brudne ubrania śmierdzi tym siwym dymem.

W końcu udało się rozpalić ognisko i jest pięknie i ciepło i tylko się cieszyć. Ale wtedy Mama wkracza do akcji i oczywiście z miejsca nic mi nie wolno. Nie mogę dołożyć złamanego nawet patyka, zabrać z ogniska też nie mogę a nawet jeszcze bardziej nie mogę niż dokładać bo parzy i w ogóle sobie krzywdę zrobię, na tej ławce siedzieć nie mogę bo tu dymi w oczy a na tamtej jest mokro albo brudno. Albo wszystko na raz. Po drewno pójść nie mogę bo jestem za mały a jak w końcu się niecierpliwię i zaczynam kwękać to słyszę, że za duży jestem na takiego maruda.

W końcu wkurzyłem się i poszedłem spać.

Nie doczekałem nawet kiełbasy, którą nadziewa się na patyk i opieka nad żarem. Ponoć była pyszna ale nie wiem czy dla wszystkich bo Mama twierdzi, że miała węgiel a nie kiełbasę.

Węgiel to chyba z kopalni a nie z ogniska ale nie będę się spierać.
Jestem ponad to.

Ponad to nadal jestem głęboko urażony.

W ramach Walentynek w żłobku zrobiliśmy, z niewielką pomocą Etatowych Cioć oczywiście, naszym bliskim prezent. Ciocie wzięły duży karton papieru, napisały: DLA TYCH, KTÓRYCH KOCHAMY i potem po kolei mazały nam ręce czerwoną farbką a my odciskaliśmy dłonie na papierze. Wyszło super. Pod każdym odciskiem napisano imię odciskającego i karton zawisł przed drzwiami do naszej grupy. Zamiast serduszek, które jak twierdzi Mama i Ciocie, są już strasznie nudne i oklepane.

Karton wygląda fajnie i jest na nim chyba z trzynaście łapek. Niektóre oczywiście nieco rozmazane, bo Gracjan na przykład to ciągle trzyma palce w buzi i jak mu je wyciągnąć stamtąd na chwilę – choćby tylko do uroczystego odciśnięcia na papierze – robi się nerwowy. Czyli krótko mówiąc drze się jak stare prześcieradło i ręce mu się też do tego trzęsą. Oczywiście Ciocie walczą z tym jego hobby, ale że rodzice Gracjana zabronili dawać mu smoczka, to z braku zamiennika ten ładuje łapska do otworu gębowego i gmera w zębach. Cóż, rodzice Gracjana może i nie będą mieli Syna Z Zatyczką, ale malarza też w nim nie widzę.

Tymczasem poniżej to co zostawiłem po sobie ja. Prawda, że ładnie?

ebaf49c49bac064a219e65a22246940a-.jpg

Gdy wróciliśmy do domu, już przy obiedzie postanowiłem pójść za ciocem i uszczęśliwić Mamę jeszcze bardziej. Skoro czerwona ręka na kartonie tak ją wzruszyła, to jakże miło jej będzie zobaczyć coś podobnego. Z miejsca wsadziłem ręce z buraczki i odcisnąłem na swojej pięknej białej koszulce. Niech zna moje poświęcenie.

Ona jednak jest jakaś dziwna. Nie dość, że wcale się nie ucieszyła, to jeszcze spojrzała na mnie bardzo wymownie, zdjęła tę koszulkę ze mnie i poszła prać. Tak właśnie giną prawdziwe talenty. Znikąd zrozumienia…

To chyba jednak lepsze byłoby serduszko.

Wróciłem. Góry jak góry. Takie trochę większe od kopców kreta w babcinym ogródku ale podobne. Tylko strasznie daleko chyba. Bo Mamie nie chciało się na żaden wejść. Coś tam bąkała, że to ponoć ja jestem już za ciężki ale osobiście śmiem wątpić. Faktycznie ostatnio coraz więcej ubrań robi się już na mnie albo za wąskich albo generalnie przyciasnych ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Po prostu to Ona robi się coraz słabsza. A mówiłem, żeby codziennie biegała na czworakach. Ja przez kilka miesięcy biegałem i – o proszę – jakie efekty. Teraz potrafię nawet obrus ze stołu – wraz ze stojącymi nań przedmiotami – zrzucić ze stołu i jeszcze triumfalnie wrzasnąć. I to nie raz.

No. Czyli zobaczyłem góry ale tylko z daleka. Ponoć z bliska są oszałamiające. Nie wiem. Nie znam się. Najbardziej oszołomił mnie korytarz w budynku, w którym mieszkaliśmy z resztą chórzystów. Był fantastycznie długi, po jednej stronie miał chyba ze dwadzieścioro drzwi do innych pokojów a po drugiej masę różnych okien (do niektórych nawet dosięgałem jak stanąłem na palcach) i kończył się drzwiami, które jak się otwierało, to na zewnątrz zapalało się światło. Zamykałem – gasło, otwierałem – świeciło. Super zabawa. Godzinami prowadzałem Mamę za rękę by Jej to fascynujące zjawisko pokazać ale chyba nie doceniła moich starań. Po kilkunastu długościach korytarza i powtórkach z automatyczną lampką, powiedziała, że ma dość i poszła do pokoju.

Tak w ogóle to na tym wyjeździe było bardzo fajnie. Wszyscy się do mnie uśmiechali, mogłam na próbach bez ograniczeń próbować wysokie C i wyżerać wszystkim wszystko z talerzy i nikt na mnie nie krzyczał, no i wszystkie kobiety były we mnie po prostu wpatrzone. Z zachwytem. Nawet pani Kucharka przychodziła specjalnie się ze mną przywitać gdy zaczynał się obiad, nie wspominając oczywiście o pani Ani, która normalnie wygląda z okienka na recepcji, a gdy tylko pojawiałem się w zasięgu jej wzroku, biegła sie poprzytulać. Fajna kobitka. Obiecałem jej, że jak przyjadę w następnym roku, to już jej to sam powiem. Mam nadzieję, że odbiera kanał telepatyczny. Bo jeszcze mam trochę braków w słownictwie i wyszło z tego coś na kształt: ba baba bleble papa uu-u

A faceci wcale nie byli zazdrośni. Wręcz przeciwnie – większość wujków nosiła mnie na rękach i specjalnie spędzała przerwy w moim towarzystwie. Oczywiście, że to najlepszy sposób na kobiety, bo zaraz otaczał jednego czy drugiego co to mnie trzymał, wianuszek niewiast. Ale na pewno niektórzy opiekowali się mną bezinteresownie. Może to dlatego, że jestem najmłodszy z towarzystwa i to się jednak drastycznie rzuca w oczy. Wystarczy wspomnieć, że normalnie tych gór nie widziałem. Tylko jak się mnie podniosło do okna. Także bez pomocy to nawet bym nie wiedział gdzie jestem. Zwłaszcza, że podróż w obie strony w większej części przespałem.

Ale pocieszam się, że już niedługo będzie nas maluchów na chórze więcej. Jest co prawda taki jeden mój kolega Mikołaj, ale On rzadko przychodzi. Poza tym dopiero niedawno znaleźliśmy wspólny język i zamiast lać się po gębach koparkami, zgodnie wyprowadzamy z równowagi Dyrygenta plącząc Mu się pod nogami, względnie waląc bez opamiętania w klawisze pianina. Strasznie dużo mamy frajdy. Tylko Dyrygent trochę chyba mniej bo zawsze dziwnie patrzy. No a maluchów będzie więcej bo już niedługo przybędą nam trzy Ktosie. W tym jeden Ktoś to będzie rodzeństwo Mikołaja. Jeszcze nie wiem czy to koleżanki czy koledzy czy też towarzystwo mieszane, bo póki co są jeszcze w brzuchach u swoich Mam, ale już wiem będzie wesoło. Może by tak jakiś mały chóralny żłobek? Swoją drogą to muszę kiedyś spytać Mamę o co biega z tym połykaniem dzieci. I jak to się dzieje, że one później w tych brzuchach rosną i nic im sie nie dzieje i mogą oddychać i w ogóle. Ale to może za parę lat. Teraz cieszę się na myśl o towarzystwie. W końcu ile można wytrzymać z kobietami w pojedynkę. A zawsze otaczają mnie jakieś kobiety.

Co jeszcze z wyjazdu?

Nie jestem pewien czy to wyjazd był taki fajny, bo ja tam byłem, czy też ja byłem taki fajny, bo wyjechaliśmy. Jak dojdę do jakichś wniosków to napiszę. W ogóle byłem szalenie grzeczny i szarmancki. Nauczyłem się na dobre chodzić – w dobrym stylu – i już niestraszne mi żadne, nawet najbardziej śliskie posadzki, robiłem papa na do widzenia i przesyłałem buziaki z okazji Walentynek wszystkim, bez względu na płeć. Co prawda trochę się przyzwyczaiłem, że spędzam z Mamą każdą wolną chwilę i mam Ją – w odróżnieniu od normalnych dni spędzanych w żłobku – na oku cały czas i potem włączałem syrenę gdy znikała w łazience albo szła do innego pokoju beze mnie, ale to tak tylko – ostrzegawczo. W końcu wchodzę właśnie w fazę Lokator Ciekawy Świata i muszę widzieć wszystko. I wszędzie. Tak mam teraz właśnie i jestem z tego dumny. Na dowód tego prezentuję właśnie wszem i wobec nowo zdobyty guz na czole. Z dumą rzecz jasna.

W sobotę z samego rana razem z Mamą wyjeżdżamy w góry. W związku z tym już od poniedziałku Mama biega jak kot z pęcherzem i przekłada różne rzeczy z jednego miejsca na drugie. Potem najfajniejsze jest jak zapomina gdzie coś położyła i przekłada wszystko z powrotem żeby to coś odnaleźć. Oczywiście mógłbym pomóc jej szukać ale za każdym razem gdy tez próbuję przełożyć coś w inne miejsce, patrzy na mnie groźnie i mówi, że nie wolno.

Nic z tego nie rozumiem – Jej wolno bałaganić a mnie nie?

Niesprawiedliwy jest ten świat. To tak samo jak wczoraj w żłobku, gdy Gracjan potknął się o Mikołaja i przewrócił. Ciocia od razu rzuciła się by go przytulić i głaskała po głowie. A gdy ostatnio ja się potknąłem o Gracjana to nikt mnie nie przytulał i nie głaskał. Fakt, że może to przez to, że to On się wtedy przewrócił a nie ja. Ale to i tak straszne świństwo.

Co do tego wyjazdu to się bardzo cieszę i nie mogę się doczekać aż zobaczę te góry. Bo do tej pory to tylko w książce widziałem i na zdjęciach. Mama mówi co prawda, że byłem już tam dwa razy: raz, kiedy byłem jeszcze taki malutki, że nawet Ona nie wiedziała, że już jestem i drugi, gdy miałem trzy miesiące, ale nic nie pamiętam. Więc – jak już ustalaliśmy wcześniej – się nie liczy.

Poza tym nie wiem o co takie wielkie halo z tym pakowaniem. Ja to bym po prostu zabrał wszystkie swoje zabawki, coś dobrego do jedzenia, soczek i w drogę. A Mama wymyśla jakieś koszulki, swetry, spodnie, piżamy i ciepłe kurtki. A ile kosmetyków nabrała to już nawet nie liczę. I jeszcze mi wmawia, że to wszystko dla mnie. A sam ostatnio widziałem jak się kąpała w moim bąbelkowo-jeżynowym płynie, który się leje do wanny i robi się dużo piany. I strasznie śmiesznie jest jak się rozrzuca tę pianę po całej łazience.

Tymczasem ja już myślę o tym wyjeździe, chociaż do soboty rano to jeszcze całe dwa dni zostały. Będą tam wszystkie ciocie i wszyscy wujkowie z chóru i wszyscy się bardzo cieszą. Ja też. Większość jedzie pociągiem i trochę żałuję, że nie jedziemy z nimi bo w pociągach jest super i można dostać kręćka patrząc jak wszystko szybko się zmienia za oknem, ale my mamy jechać samochodem z takim jednym wujkiem, ciocią, która też ma Dziecko, tyle, że jeszcze w brzuchu i jeszcze jedną ciocią. Mama martwi się czy się zmieścimy ale ja myślę, że nie będzie z tym problemu. W razie czego zostawimy jakiś plecak.

No i jedziemy tam w zasadzie nie odpoczywać ale ciężko pracować – jak mówi Mama.

Hmm. Ona to może i jedzie pracować ale ja to się zamierzam byczyć.

Bardzo lubię robić prezenty. I oczywiście wszystkie to niespodzianki. Bo najwieksza frajda jest wtedy, gdy ktoś, kogo chcemy obdarować, absolutnie nie zdaje sobie z tego sprawy i żyje sobie dalej w przeświadczeniu, że nie wydarzy się nic niezwykłego czy ciekawego. Oczywiście nie zawsze wszystkie niespodzianki są idealnie trafione. Czasem trzeba trochę niektórych do prezentu przekonać. A robi się to tak, że tak długo wręcza się takim niektórym dany przedmiot, aż niektórzy zmiękną i przyjmą go z promiennym uśmiechem. Oczywiście, że robią to dla świętego spokoju (nadal nie wiem co to takiego ale często słyszę, że go nie ma, więc pewnie jest fajny) ale za to jaką później czują ulgę gdy wreszcie sobie pójdziemy.

Dziadek i Babcia bardzo lubią gdy daję im prezenty i zawsze bardzo ładnie mi za wszystko dziękują. Nawet gdy akurat dostali swój własny zegarek albo pilota od telewizora. No bo mieli go niby wcześniej – to fakt – ale w końcu nie ja im to dałem. A teraz już dostali i mogą się cieszyć. Więc się cieszą. Babcia wprawdzie trochę dziwnie się cieszyła, gdy tydzień temu dostała rachunek z telekomunikacji wysmarowany dżemem ale nie bądźmy drobiazgowi. Po prostu zapomniałem, że wcześniej zrobiłem w prezencie dla Dziadka kanapkę i chyba zapomniałem wytrzeć ręce o nogawki spodni. Też mi coś. Za to Mama nadal ma trudności z okazywaniem uczuć. Nie potrafi się cieszyć.

Ostatnio na przykład ciągle daję Mamie klocki albo inne zabawki. Wrzucam je do butów, albo – gdy nie patrzy – do torebki, albo do pralki. Dobrze wiem, że gdy je znajdzie, będzie wiedziała od kogo są. W końcu nie ma w tym domu innych Dzieci. W dodatku takich grzecznych i dobrze wychowanych, że robią niespodzianki. Mama początkowo wyjmowała klocki i inne zabawki i odkładała je na miejsce – do pudełka. Po kilku powtórkach z rozrywki była już jednak lekko poirytowana. Kulminacja przyszła gdy włożyłem jej do torebki resoraka uprzednio wyjmując z niej telefon i jakieś papiery. Nie mieścił się a czasu miałem mało bo już wychodziliśmy – ja do żłobka a Ona do pracy. Pamiętam, że zdenerwowała się wtedy bardzo i opowiadała Dziadkowi jak na jakimś bardzo ważnym spotkaniu otworzyła torebkę i wyjęła resoraka. A miała wyjąć te super ważne papiery. I stwierdziła, że chciała się zapaść pod ziemię.

Oczywiście Dziadek strasznie się śmiał i dopiero po kwadransie udało się nam dowiedzieć dlaczego. Okazało się, że Mama robiła dokładnie tak samo gdy była w moim wieku. Też wkładała wszystkim w różne dziwne miejsca zabawki a Dziadkowi kiedyś wyjęła drugie śniadanie, które miał zabrać do pracy. I zabrał misia albo lalkę – dokładnie nie pamiętał. Śmialiśmy się wszyscy. No więc doprawdy nie wiem o co tyle krzyku. Przecież to rodzinne.


  • RSS